|
4.VII.2001.
Znowu kolejna wyprawa. Uczestniczą w
niej Szymon, stary i najlepszy mój kompan wędrówek, Piotrek (17 lat), który w
tamtym roku był z nami na wyprawie wokół Nordcape i Lofotów, mój rodzony brat
Artur (20 lat), dla którego jest to pierwsza porządna wyprawa i ,który na pewno
da sobie radę, oraz ja. Pierwszym naszym bardzo zaawansowanym zamiarem
było wybrać się na spływ kajakowy rzeką Leną. Niestety ogrom małych a zarazem
wielkich niespodziewanych problemów sprawił, że się tam nie wybraliśmy. Cała
zresztą planowana od dłuższego czasu wyprawa na spływ Leną była od
początku wielką niewiadomą, gdyż szybkie wiosenne słońce na południu Syberii
sprawiło szybkie roztopy lodu na południu za którym nie nadążyły lody północnej
Syberii i to sprawiło ogromne powodzie wszystkich niemal rzek na Syberii. Rzeka
Lena w niektórych miejscach podniosła się aż do ok. 21 metrów. Zalanych zostało
na jej całej ponad 4000 tyś długości wiele miast i wiosek. Sytuacja była bardzo
tragiczna. Wiele ludzi potraciło bardzo szybko cały majątek swojego życia.
Problemem bieżącym stał się brak środków do życia, żywności, wody pitnej. Trudno
było nawet o jakąkolwiek pomoc wszystkim powodzianom, gdyż odległości i realia
gospodarcze Rosji nie mogły dotrzeć do większości ofiar żywiołu. Dużo o sytuacji
tej mówiły niemal wszystkie masmedia światowe.
W związku z tym i nasze plany odnośnie spływu Leną były
bardzo kruche, niepewne. Do tego doszło jeszcze niemal w ostatniej chwili przed
wyjazdem kilka innych dosyć bardzo istotnych problemów u Szymona i u mnie.
Miałem więc wielki dylemat, co robić, gdzie ruszyć? Wyprawa planowana od paru
miesięcy, na skutek ostatnich wydarzeń powodziowych i problemów „fachowych” u
Szymona i u mnie, miała nie dojść do celu! Rozsądek z wielkim trudem poskromił
pragnienia spływu Leną w tym momencie, jednak nie pragnienie
przygody.
Ruszyliśmy 2.VII.2001r. około godziny 10.00 pociągiem z
Sokółki do Grodna z planem na szybko wymyślonym spływu rzeką Niemen aż do
Bałtyku, a potem dalej po Bałtyku. Jednak na stacji kolejowej w Grodnie szybko
się dowiedzieliśmy o niemożliwości prawnej przekroczenia rzeką Niemen granicy
Białorusko-Litewskiej, oraz o braku komunikacji stałej w te regiony. W związku z
tym szybko podjęliśmy nową decyzję o ruszeniu na Morze Czarne na osławiony z
przepięknej przyrody Krym. Dodatkowymi argumentami oprócz przepięknej przyrody
za tym żeby tam pojechać były takie, że jeszcze tam nie byliśmy, oraz, że pociąg
w te regiony mieliśmy za około 2 godziny. Kupiliśmy więc bilety z Grodna do
Simferopola i ruszyliśmy. Podróż była dla mnie męcząca gdyż czułem wyrzuty
z powodu, że nie pojechał z nami Czarek, dobry mój przyjaciel uczestnik wyprawy
na Bajkał w 1999 i w góry Chibiny w 2000r. Wcześniej wspólnie z nim dużo
spędziliśmy razem czasu na rozmyślaniach o spływie Leną, ale ostatnie wydarzenia
tak definitywnie spowodowały, że zmieniłem tą idę. Czułem z tego powodu wyrzuty.
Może tak miało być, może nie, ale za wszystkie moje „ego” przepraszam
Czarka.
Podróż chociaż nie była planowana przebiegała tak jakby
od dawna była zaplanowana. Bardzo szybko dostaliśmy się na Półwysep Krymski nad
morze do Sevestapola, a dalej ruskim samochodem towarowym do tzw. „Kazaczie
Miysna” do otwartego Morza Czarnego, miejsca z którego zamierzamy opływać
Półwysep Krymski. Nie mogliśmy wypływać z samego portu miasta Sevestopol, bowiem
dowiedzieliśmy się od życzliwego, przypadkowo spotkanego Rosjanina z
Archangielska, że żeby popływać na Morzu Czarnym z okolicach Półwyspu Krymskiego
trzeba mieć jakieś tam „razrieszenie”, za którym trzeba wiele dni nieźle
pochodzić po różnych urzędach. Powiedział nam, że on już za nim sam osobiście
chodził, bowiem chciał opływać Krym katamaranem, ale zwątpił w końcu w walce z
papierkami i popłynął w końcu na lewo. Powiedział nam także, że po drodze mamy
do ominięcia wiele regionów strzeżonych, gdzie jest zakaz wszelkiej żeglugi:
militarnych poligonów, „dacz” wielkich polityków. Pokazał nam na mapie miejsca
podejrzane i radził płynąć blisko klifów, aby lornetki strażników nas nie
wypatrzyły. Doby człowiek na przyszłość zapraszał nas na żeglugę katamaranami po
Morzu Białym, gdyż jest jakimś tam szefem spółki turystycznej. Daliśmy mu w
ramach wdzięczności za poświęcony nam czas i rady kiełbasę salami.
Na razie opalamy się na plaży, kąpiemy i pewnie za
chwilę jak się zacznie ściemniać i będzie trochę mniej turystów na plaży
wyruszymy. Podczas nurkowania koło plaży zauważam pod wodą niezły jeszcze dobry
pocisk, chyba od czołgu, albo armaty, nie wiem. W sumie jesteśmy niedaleko od
poligonu, chyba jakiś żołnierz pijany pomylił kiedyś kierunki celu.
Wypłynęliśmy ok. godziny 19.00. Temperatura powietrza
była już o tej godzinie znośna do płynięcia. Tafla wody była także bardzo
spokojna. Płynęliśmy ok.100 metrów od brzegu i w ciszy podziwialiśmy przepiękny
klify Krymu. Fantastyczne skały klifów, spadające pionowo do wody, niesamowite
groty na różnych wysokościach i plaże bez dostępu z lądu wśród tych urwisk. Było
fantastycznie. Po ok 3 godzinach wiosłowania zaczęliśmy rozglądać się za
miejscem na nocleg, tym bardziej, że zaczęło się robić ciemno. Niestety nie
mogliśmy wypatrzyć dobrego miejsca. Ciemność całkowita nocy w końcu nas
pochłonęła. Jedynie przepiękny blask pełnego księżyca rozjaśniał troszeczkę te
ciemności. W jego świetle płynęło się cudownie. Cicha spokojna tafla wody Morza
Czarnego, duży świecący księżyc i my w kajakach. Po prostu coś pięknego.
Stwierdziliśmy z Szymonem, że nawet dla tej niesamowitej chwili warto było tu
przyjechać. Płynięcie było w tej niebiańskiej scenerii prawdziwą
rozkoszą.
W końcu znaleźliśmy jakąś samotną plażę możliwą do
noclegu. Wyciągnęliśmy kajaki na brzeg. Namiotu nie rozbijaliśmy, bo było ciepło
i bezchmurnie, a do tego nie było komarów. Odprawiłem Mszę Św. w tym cudownym
plenerze. Potem położyliśmy się pod gołym niebem na piasku koło kajaków. Szum
morza nucił nam kołysankę na dobranoc.
5.VII. / 6.VII.2001.
Obudziłem się ok. 5.00. Słońce już świeciło, ale jeszcze nie zdążyło przygrzewać
mocno. Szybko z Szymonem zbudziliśmy naszych młodszych kompanów. Spakowaliśmy
się i ruszyliśmy dalej w rejs. Po ok 3 godzinach wiosłowania natrafiliśmy na
przepiękną plażę. Na niej postanowiliśmy trochę odpocząć i w ramach jego
spenetrować ten przepiękny zakątek lądu. Góry w tej części były dzikie i
fantastyczne, prawie pionowo spadające do morza. W morzu woda była krystaliczna,
widać było przepiękne rafy, a na powierzchni w oddali od czasu do czasu
wyskakiwały bawiące się delfiny.
Wraz z Szymonem urządziłem krótki spacerek na pobliskie wzniesienia, z
perspektywy których podziwialiśmy przepiękne klify z wysokości i majestatyczne
góry ponad nami. Oczywiście nie obeszło się także bez penetracji kolorowych raf
podwodnych. Jednym słowem coś cudownego.
Po paru godzinach odpoczynku ruszyliśmy w dalszy rejs. Nabraliśmy w napotkanej
jakiejś miejscowości letniskowej wodę słodką, bowiem ciężko w tych okolicach
jest ją znaleźć i płynęliśmy dalej. W trakcie robienia „ścinki” złapał nas
niespodziewanie wiatr w twarz. Początkowe fale były małe, ale wraz z czasem
powoli stawały się coraz większe. Zaczęły pojawiać się białe grzywy. Do brzegu
nie mieliśmy daleko, może ok. 2 km, woda też nie była zimna. Jednak mój kajak i
drugi Artura i Piotrka nie miały nałożonych na wierzch osłon z folii, przez co
fale bez trudu wchodziły do wnętrza kajaków. Do tego mój portfel z pieniędzmi i
paszport były wewnątrz dużego worka żeglarskiego, który leżał w moim kajaku
luzem i który z pewnością w razie wywrotki poszedłby na dno. Zarządziłem więc
kurs na brzeg.
Po 2 godzinach odpoczynku na brzegu, w jakiejś miejscowości letniskowej na
literę L... popłynęliśmy dalej. Nadal wiał dosyć silny wiatr. Mieliśmy jednak
założone folie, dlatego nie było zbyt groźnie. Najgorsze było to, że wiatr wiał
prosto w twarz i trzeba było płynąć pod falę. Poruszaliśmy się dwa razy wolniej
niż normalnie, a do tego zużywaliśmy dwa razy więcej sił. Szczególnie to
odczuwał Szymon i ja, bowiem płynęliśmy pojedynczo w kajakach.
Po ok 3 godzinach wiosłowania zdecydowaliśmy, że należy odpocząć. Niedaleko od
nas była jakaś kamienista plaża. Do niej zwróciliśmy nasze dzioby kajaków.
Wyjęliśmy kajaki z wody i po ok 3 minutach od tego faktu zjawiło się przed nami
pięciu żołnierzy ukraińskiej straży granicznej. Najstarszy stopniem ładnie
zasalutował, przedstawił się i oznajmił, że jesteśmy aresztowani. Jeden z
żołnierzy towarzyszących mu powiedział nam, że miejsce w którym wylądowaliśmy
jest „daczą” Putina. Ja z Szymonem w obstawie trzech żołnierzy zostaliśmy
zaprowadzeni do budynku straży granicznej. Artur i Piotrek w towarzystwie dwóch
żołnierzy zostali na plaży przy kajakach.
Kiedy zjawiliśmy się w placówce straży granicznej wywołaliśmy niezłe
zamieszanie. Byliśmy chyba w historii ich istnienia pierwszym takim
przypadkiem. Parokrotnie spisywano nam dane naszych paszportów,
parokrotnie zadawano pytania: skąd, dokąd, kiedy, po co...itp.
A do tego
wywołaliśmy „burzę” telefonów, gdyż wcześniejsze placówki ich, które nas nie
wykryły zaczęły się bać o swoje głowy. W końcu stanęło na tym, że trzeba czekać
na jakiegoś tam pułkownika, który ma przyjechać z Jałty i dalej prowadzić tę
sprawę. Czekaliśmy na niego do ok 24.00 godziny. W międzyczasie otrzymaliśmy od
niego parę telefonów. Chciał, aby cały nasz bagaż ręczny i kajaki, były
przygotowane do zabrania samochodami. Niestety z kajakami, to był problem,
bowiem zbyt było ciemno, aby je składać, znowu zaś do transportu całych,
to żołnierze nie dysponowali jakimś dużym odpowiednim do tego ciężarowym
samochodem. Musieliśmy i tak wszystko przenosić z plaży na drogę. Nie było to
łatwe, bowiem trzeba było wspinać się ze sprzętem po skalistej ścieżce w
ciemnościach ok. 100 metrów pod górę.
Kiedy przyjechał pułkownik wydał rozkaz 2
żołnierzom pilnować naszych kajaków, przy drodze. Nas zaś wszystkich łącznie z
całym naszym bagażem ręcznym zabrali 2 „łazami” do miejscowości Foros. Tam
pułkownik w towarzystwie 2 oficerów „pisarzy” zaczął przesłuchanie. Pierwszym
jako „starszyj prawadyr” byłem ja. Znowu pytanie: skąd, dokąd, po co... krótki
życiorys itp. Trzeba było według tamtego jeszcze komunistycznego prawa,
udokumentować całe te zajście jakimiś tam wyjaśnieniami. Oczywiście każde
wyjaśnienie z osobna musiało być w iluś tam egzemplarzach. Jednym słowem
mnóstwo papieru jeszcze komunistycznej biurokracji. Żołnierze „pisarze” mieli
też już tego dosyć, ale prawo to prawo. Po moim wyjaśnieniu trzeba było napisać
wyjaśnienia reszty załogi. Ja siedziałem w pokoju przesłuchaniowym i robiłem za
tłumacza i pomoc w szybkim wypełnianiu tych papierków dla reszty kompani. Trwało
to wszystko ponad 3 godziny. Po przesłuchaniu i napisaniu wyjaśnień zaczęła się
rewizja naszego ekwipunku. Każdy z nas na oczach wielu żołnierzy musiał wyjmować
po kolei całą zawartość własnego bagażu. Mogłaby przecież tam być jakaś bomba,
kto wie? Trochę się obawiałem o bagaż Piotrka albo Artura, gdyż w jednym z nich,
nie wiem w którym, mieliśmy pistolet „straszaka”. Na szczęście Piotrek tak im
pokazywał swoją zawartość plecaka, że niczego nie zauważyli. Natomiast Artura
plecak ja pomagałem mu wypakowywać, tak że świadomie pominąłem boczną kieszeń,
gdyż po dotyku wyczuwałem, że jest tam chyba ten pistolet. Nie zauważyli tego
jednak żołnierze, bo był to już ostatni bagaż do rewizji i pora była już bardzo
późna, chyba poranna. Następnie żołnierze dali dam pokój do spania z 4 łóżkami i
kolację. Położyliśmy się spać.
Spaliśmy dobrze. Rankiem słyszeliśmy tylko głośne
telefony w których poruszano nasz temat. Żołnierze, którzy pełnili tam służbę
byli bardzo gościnni, poczęstowali nas śniadaniem, chętnie rozmawiali na
różne tematy, próbowali też nauczyć nas grać w jakąś tam ludową ich grę
planszową. Byli bardzo gościnni, niektórzy z nich dali nam nawet drobne
upominki.
Pułkownik oznajmił mi, że mamy zapłacić karę w
wysokości 10 dolarów USA od jednego i, że dalej nie możemy płynąć, bowiem nie
mamy mnóstwa papierów wymaganych w tym kraju do takich podróży. Jak chociażby
rejestracji kajaków itp. Powiedział nam również, że musimy wrócić kajakami
morzem do miejsca w którym zaczęliśmy nasz rejs, złożyć tam kajaki i wyjechać z
ich kraju. Stwierdził też, że oni „pograniczniki” będą kontrolować nasz rejs
powrotny cały czas przez lornetki.
Po zapłaceniu kary żołnierze odwieźli nas swoimi
samochodami do naszych kajaków, których pilnowało przez całą noc 2 żołnierzy.
Pułkownik poprosił mnie o danie mu w prezencie 4 dolarów USA, bowiem chyba tyle
wydał na taryfę z Jałty do okolic miejsca naszego aresztowania. Daliśmy mu,
pożegnaliśmy się i zaczęliśmy nasz powrót.
6.VII.2001.
Pogoda była bardzo upalna. Znieśliśmy nasze kajaki i ekwipunek na plażę. Nie
śpieszyliśmy się, bowiem wiedzieliśmy, że i tak musimy wracać, a przyroda była
tak piękna, że kusiła jak najdłużej rozkoszować się sobą. Piotrek zaczął w
rękawiczkach łapać kraby, niestety bez powodzenia. Po ok 2 godzinach spędzonych
na plaży wsiedliśmy w kajaki i popłynęliśmy w nasz rejs powrotny. Płynęliśmy
wolno poruszając wiosłami, bowiem chcieliśmy jak najbardziej wykorzystać chwile
naszego tu pobytu. Wiatr mieliśmy delikatny w plecy, w dobrym kierunku falę. Po
paru godzinach wiosłowania znaleźliśmy się znowu na przepięknej plaży, którą
wcześniej z Szymonem penetrowaliśmy. Powoli zaczęło robić się ciemno, wobec
czego postanowiliśmy tu przenocować. Zasnąłem koło mojego kajaka po wszystkich
tych żołnierskich przygodach bardzo szybko. Nade mną migotały przepiękne
gwiazdy.
7.VII.2001.
Spałem długo, kiedy się obudziłem Szymon już zdążył rozpalić ognisko i zagrzać
wodę. Nie śpieszyliśmy się, rozkoszowaliśmy się tą cudowną plażą. W końcu
zdecydowaliśmy, że nadszedł czas, aby rozruszać kości i ruszyć się z miejsca.
Pogoda była trochę niepewna, w oddali było widać skupiające się w jedno ciemne
chmury. Założyliśmy więc przed wypłynięciem w kajakach osłoną folię przed falami
i wyruszyliśmy. Było bardzo upalnie, powietrze było trochę ciężkie. W
niedalekiej odległości od nas wędrujące ciemne chmury powodowały co chwila
grzmoty piorunów. Robiliśmy akurat dość konkretną „ścinkę”, tak wiec byliśmy
daleko od brzegu i trochę się obawialiśmy, aby wszystkie te ciemne chmury,
konkretnie się nie scentralizowały i nie weszły w nasze regiony. Na
szczęście tak się nie stało. Po 4 godzinach konkretnego wiosłowania
wylądowaliśmy na ciekawej plaży, do której dostęp był tylko z morza. Była ona
wciśnięta w pionowe ściany przybrzeżnych klifów. Tam postanowiliśmy
odpocząć trochę i jednocześnie schronić się przed szczytem upałów. Piotrek
nasz najlepszy poławiacz krabów z siatką na ryby i rękawiczkach z windstopera
usiłował z pasją złapać nam jakiegoś kraba do jedzenia.
Podczas kiedy braliśmy, krótką drzemkę wyłoniło się z wody dwóch młodzieńców.
Jeden z nich w kąpielówkach zasalutował i przedstawił się jako „sałdat” służb
pogranicza. Drugi „sałdat” w spodniach i butach wojskowych w tym samym czasie
chciał zapalić sobie papierosa. Sięgnął inteligentnie do kieszeni po
paczkę papierosów, niestety była mokra, wobec czego zaklął.
Zlekceważyliśmy ich i tylko powiedzieliśmy, żeby przetelefonowali sobie do
pułkownika z Jałty. Odpłynęli niezawodni „komandosi” Ukraińskich Służb
Pogranicznych.
Wieczorem wypłynęliśmy z tej ciekawej plaży. Słońce już powoli zachodziło.
Płynęliśmy powoli bez słów podziwiając przed naszymi dziobami w osłupieniu tak
przecudny zachód słońca. To było takie piękne, że nawet za tą jedyną chwilę,
pomimo niedawno przeżytych problemów aresztowania wart tu było być. To było tak
cudne, że nawet nie wyrażalne w jakiekolwiek słowa. Po zachodzie
słońca Szymon i Artur zaczęli swój koncert wokalny. Do brzegu dopłynęliśmy już w
dobrą noc. Wyciągnęliśmy kajaki z wody i położyliśmy się koło nich w blasku
migocących gwiazd nad nami.
8.VII.2001.
Około 3.00
nad ranem zbudziły mnie światła latarek 4 „pagraniczników” skierowane na nas.
Znowu kolejna kontrola paszportów i pytania. Nie chciało mi się odpowiadać na
ich pytania, więc pokazałem im nasze „sztrafy” na papierkach, które
dostałem od pułkownika. Jeden z „sałdatów” był szczególnie gorliwy i dobrze
wychowany w kulturze komunistycznej i chyba przez jakieś 10 minut penetrował
nasze paszporty, myśląc, że jesteśmy szpiedzy z zachodu. Chcieli, abyśmy o 6.00
nad ranem wypłynęli i o 9.00 zameldowali się w ich jakiejś tam placówce
„Buchta”. Odpowiedziałem im, że nie będzie to łatwo, bowiem, nie wiem ile czasu
trzeba tam płynąć, gdzie ta placówka jest, a do tego, że my musimy dopłynąć w
okolice stacji kolejowej, aby tam złożyć nasze kajaki. Nie wiedzieli, jak
się ze mną dogadać. W końcu jeden z nich wpadł na pomysł, że o 9.00 może
przyjechać tu ich samochód i zabrać nas na stację kolejową. To było dla nas na
rękę, wobec czego zgodziłem się.
Około godziny 9.30 zjawili się zgodnie z umową żołnierze ciężarowym
samochodem. Włożyliśmy cały nasz ekwipunek do samochodu i pojechaliśmy na
dworzec kolejowy do Sevestapola. Tam pożegnaliśmy się szybko z żołnierzami,
bowiem na zdążenie na pociąg do Simferopola mieliśmy tylko ok 20 minut.
Zdążyliśmy.
Na stacji kolejowej w Simferopolu, definitywnie zdecydowaliśmy, że dalszy
kierunek eskapady, to Bajkał. Nie była, to wyruszenie całkowicie w nieznane,
bowiem z Szymonem i nieobecnym teraz Czarkiem 2 lata temu w 1999r,
przepłynęliśmy już całe zachodnie wybrzeże Bajakłu kajakami. Jednak chciałem
teraz wraz z Szymonem dać poznać smak tej przygody morskiej Piotrkowi i
Arturowi. Kupiliśmy, więc bilety w Simferopolu i ruszyliśmy. Pierwszym miastem,
do którego musieliśmy dotrzeć w drodze na Bajkał był Swierdłowsk, miasto leżące
za Uralem.
9.VII / 10.VII. /
11.VII.2001.
Podróż do Swierdłowska trwała ok 3 dni. Pociąg wlókł się bardzo wolno.
Jechaliśmy w wagonie „plackartnym”, a więc takim, w którym wszystkie łóżka są
bez przedziałów w jednym wagonie. W trakcie przekraczanie granicy Ukraińsko-
Rosyjskiej oczywiście pojawiły się problemy. Żołnierz – oficer armii
ukraińskiej zażądał od nas łapówkę w wysokości 40 dolarów, gdyż coś mu nie grało
w naszych paszportach (nie mieliśmy zarejestrowania pobyty na Ukrainie, które
trzeba zrobić według ich prawa w przeciągu 3 dni od wkroczenia). Po
pertraktacjach w przedziale konduktorów, aby swoją wspaniałomyślność i uczciwość
ukryć przed oczyma tłumu, który i tak wszystko wiedział, honorowy oficer granicy
Ukraińsko-Rosyjskiej wziął po cichu do swojej kieszeni tylko10 dolarów na
wszystkich. Następnie przyszedł celnik ukraiński i przyczepił się do tego, że
nie mamy deklaracji celnej z granicy Białorusko-Ukraińskiej. Wyjaśniliśmy mu, że
nikt nam jej nie wręczył na tamtej granicy. On jednak wierny niepisanym prawom
wschodnich celników był żądny łapówki, wobec czego zaczął grozić nam, że wysadzi
nas z tego pociągu. Zignorowałem go i powiedziałem mu, że ich prawa są
durne i możemy wysiadać. W końcu prawowierny celnik ukraiński bez żadnych
skrupułów oświadczył, że chce jakąś tam sumę. Ja już nie miałem cierpliwości,
aby z nim dyskutować. Szymon dał mu chyba 100 rubli. Ja oczywiście pod wpływem
emocji, stwierdziłem na cały wagon, że Ukraina, to najbardziej łapówkarska
i zbiurokratyzowana postrepublika ze wszystkich postrepublik byłego
imperium rosyjskiego.
Służby graniczne Rosji okazały się dla nas bardziej życzliwi i gościnni od służb
granicznych Ukrainy.
Ludzie zwykli na Ukrainie są bardzo dobrzy, gościnni, serdeczni. Ograniczają ich
i tłumią tylko prawa, które rządzący narzucili im przy tworzeniu suwerennego
państwa Ukraińskiego. Dla tych ludzi wychowanych w reżimie mentalności
komunistycznej jedynym wzorem przy tworzeniu ich państwowości mogła być tylko
Rosja. Od niej więc przyjęli w większości model suwerennego państwa. To jest
chyba powodem, że granice ich państwa są odzwierciedleniem granic Rosji, ale
tych, które były już parę lat temu w przeszłości. Wewnątrz państwa panuje
jeszcze wiele praw postkomunistycznych. Wydaje się mi, że gdyby Ukraina
otworzyła się na świat zewnętrzny, to z pewnością bardzo szybko stałaby się
wolnym dla jednostki i zasobnym krajem. Niestety na razie, jak większość krajów
postkomunistycznych musi wyzwalać się z własnego zniewolenia – mentalności
postkomunistycznej.
X. Darek
|