Krym 2001 - pamiętnik z podróży                                                                                                    
 

     

 Pobierz

pamiętnik

    

     Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko

         Krym  (od 4.VII.2001 do 11.VII.2001)

 

 

4.VII.2001.

            Znowu kolejna wyprawa. Uczestniczą w niej Szymon, stary i najlepszy mój kompan wędrówek, Piotrek (17 lat), który w tamtym roku był z nami na wyprawie wokół Nordcape i Lofotów, mój rodzony brat Artur (20 lat), dla którego jest to pierwsza porządna wyprawa i ,który na pewno da sobie radę, oraz  ja. Pierwszym naszym bardzo zaawansowanym zamiarem było wybrać się na spływ kajakowy rzeką Leną. Niestety ogrom małych a zarazem wielkich niespodziewanych problemów sprawił, że się tam nie wybraliśmy. Cała zresztą planowana od dłuższego czasu wyprawa na spływ Leną była  od początku wielką niewiadomą, gdyż szybkie wiosenne słońce na południu Syberii sprawiło szybkie roztopy lodu na południu za którym nie nadążyły lody północnej Syberii i to sprawiło ogromne powodzie wszystkich niemal rzek na Syberii. Rzeka Lena w niektórych miejscach podniosła się aż do ok. 21 metrów. Zalanych zostało na jej całej ponad 4000 tyś długości wiele miast i wiosek. Sytuacja była bardzo tragiczna. Wiele ludzi potraciło bardzo szybko cały majątek swojego życia. Problemem bieżącym stał się brak środków do życia, żywności, wody pitnej. Trudno było nawet o jakąkolwiek pomoc wszystkim powodzianom, gdyż odległości i realia gospodarcze Rosji nie mogły dotrzeć do większości ofiar żywiołu. Dużo o sytuacji tej mówiły niemal wszystkie masmedia światowe.

W związku z tym i nasze plany odnośnie spływu Leną były bardzo kruche, niepewne. Do tego doszło jeszcze niemal w ostatniej chwili przed wyjazdem kilka innych dosyć bardzo istotnych problemów u Szymona i u mnie. Miałem więc wielki dylemat, co robić, gdzie ruszyć? Wyprawa planowana od paru miesięcy, na skutek ostatnich wydarzeń powodziowych i problemów „fachowych” u Szymona i u mnie, miała nie dojść do celu! Rozsądek z wielkim trudem poskromił pragnienia spływu Leną w tym momencie, jednak nie pragnienie przygody.

Ruszyliśmy 2.VII.2001r. około godziny 10.00 pociągiem z Sokółki do Grodna z planem na szybko wymyślonym spływu rzeką Niemen aż do Bałtyku, a potem dalej po Bałtyku. Jednak na stacji kolejowej w Grodnie szybko się dowiedzieliśmy o niemożliwości prawnej przekroczenia rzeką Niemen granicy Białorusko-Litewskiej, oraz o braku komunikacji stałej w te regiony. W związku z tym szybko podjęliśmy nową decyzję o ruszeniu na Morze Czarne na osławiony z przepięknej przyrody Krym. Dodatkowymi argumentami oprócz przepięknej przyrody za tym żeby tam pojechać były takie, że jeszcze tam nie byliśmy, oraz, że pociąg w te regiony mieliśmy za około 2 godziny. Kupiliśmy więc bilety z Grodna do Simferopola i ruszyliśmy. Podróż była dla mnie męcząca gdyż czułem  wyrzuty z powodu, że nie pojechał z nami Czarek, dobry mój przyjaciel uczestnik wyprawy na Bajkał w 1999 i w góry Chibiny w 2000r. Wcześniej wspólnie z nim dużo spędziliśmy razem czasu na rozmyślaniach o spływie Leną, ale ostatnie wydarzenia tak definitywnie spowodowały, że zmieniłem tą idę. Czułem z tego powodu wyrzuty. Może tak miało być, może nie, ale za wszystkie moje „ego” przepraszam Czarka.

Podróż chociaż nie była planowana przebiegała tak jakby od dawna była zaplanowana. Bardzo szybko dostaliśmy się na Półwysep Krymski nad morze do Sevestapola, a dalej ruskim samochodem towarowym do tzw. „Kazaczie Miysna” do otwartego Morza Czarnego, miejsca z którego zamierzamy opływać Półwysep Krymski. Nie mogliśmy wypływać z samego portu miasta Sevestopol, bowiem dowiedzieliśmy się od życzliwego, przypadkowo spotkanego Rosjanina z Archangielska, że żeby popływać na Morzu Czarnym z okolicach Półwyspu Krymskiego trzeba mieć jakieś tam „razrieszenie”, za  którym trzeba wiele dni nieźle pochodzić po różnych urzędach. Powiedział nam, że on już za nim sam osobiście chodził, bowiem chciał opływać Krym katamaranem, ale zwątpił w końcu w walce z papierkami i popłynął w końcu na lewo. Powiedział nam także, że po drodze mamy do ominięcia wiele regionów strzeżonych, gdzie jest zakaz wszelkiej żeglugi: militarnych poligonów, „dacz” wielkich polityków. Pokazał nam na mapie miejsca podejrzane i radził płynąć blisko klifów, aby lornetki strażników nas nie wypatrzyły. Doby człowiek na przyszłość zapraszał nas na żeglugę katamaranami po Morzu Białym, gdyż jest jakimś tam szefem spółki turystycznej. Daliśmy mu w ramach wdzięczności za poświęcony nam czas i rady kiełbasę salami.

Na razie opalamy się na plaży, kąpiemy i pewnie za chwilę jak się zacznie ściemniać i będzie trochę mniej turystów na plaży wyruszymy. Podczas nurkowania koło plaży zauważam pod wodą niezły jeszcze dobry pocisk, chyba od czołgu, albo armaty, nie wiem. W sumie jesteśmy niedaleko od poligonu, chyba jakiś żołnierz pijany pomylił kiedyś kierunki celu.

Wypłynęliśmy ok. godziny 19.00. Temperatura powietrza była już o tej godzinie znośna do płynięcia. Tafla wody była także bardzo spokojna. Płynęliśmy ok.100 metrów od brzegu i w ciszy podziwialiśmy przepiękny klify Krymu. Fantastyczne skały klifów, spadające pionowo do wody, niesamowite groty na różnych wysokościach i plaże bez dostępu z lądu wśród tych urwisk. Było fantastycznie. Po ok 3 godzinach wiosłowania zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg, tym bardziej, że zaczęło się robić ciemno. Niestety nie mogliśmy wypatrzyć dobrego miejsca. Ciemność całkowita nocy w końcu nas pochłonęła. Jedynie przepiękny blask pełnego księżyca rozjaśniał troszeczkę te ciemności. W jego świetle płynęło się cudownie. Cicha spokojna tafla wody Morza Czarnego, duży świecący księżyc i my w kajakach. Po prostu coś pięknego. Stwierdziliśmy z Szymonem, że nawet dla tej niesamowitej chwili warto było tu przyjechać. Płynięcie było w tej niebiańskiej scenerii prawdziwą rozkoszą.

W końcu znaleźliśmy jakąś samotną plażę możliwą do noclegu. Wyciągnęliśmy kajaki na brzeg. Namiotu nie rozbijaliśmy, bo było ciepło i bezchmurnie, a do tego nie było komarów. Odprawiłem Mszę Św. w tym cudownym plenerze. Potem położyliśmy się pod gołym niebem na piasku koło kajaków. Szum morza nucił nam kołysankę na dobranoc. 

5.VII. / 6.VII.2001.

            Obudziłem się ok. 5.00. Słońce już świeciło, ale jeszcze nie zdążyło przygrzewać mocno. Szybko z Szymonem zbudziliśmy naszych młodszych kompanów. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej w rejs. Po ok 3 godzinach wiosłowania natrafiliśmy na przepiękną plażę. Na niej postanowiliśmy trochę odpocząć i w ramach jego spenetrować ten przepiękny zakątek lądu. Góry w tej części były dzikie i fantastyczne, prawie pionowo spadające do morza. W morzu woda była krystaliczna, widać było przepiękne rafy, a na powierzchni w oddali od czasu do czasu wyskakiwały bawiące się delfiny.

            Wraz z Szymonem urządziłem krótki spacerek na pobliskie wzniesienia, z perspektywy których podziwialiśmy przepiękne klify z wysokości i majestatyczne góry ponad nami. Oczywiście nie obeszło się także bez penetracji kolorowych raf podwodnych. Jednym słowem coś cudownego.

            Po paru godzinach odpoczynku ruszyliśmy w dalszy rejs. Nabraliśmy w napotkanej jakiejś miejscowości letniskowej wodę słodką, bowiem ciężko w tych okolicach jest ją znaleźć i płynęliśmy dalej. W trakcie robienia „ścinki” złapał nas niespodziewanie wiatr w twarz. Początkowe fale były małe, ale wraz z czasem powoli stawały się coraz większe. Zaczęły pojawiać się białe grzywy. Do brzegu nie mieliśmy daleko, może ok. 2 km, woda też nie była zimna. Jednak mój kajak i drugi Artura i Piotrka nie miały nałożonych na wierzch osłon z folii, przez co fale bez trudu wchodziły do wnętrza kajaków. Do tego mój portfel z pieniędzmi i paszport były wewnątrz dużego worka żeglarskiego, który leżał w moim kajaku luzem i który z pewnością w razie wywrotki poszedłby na dno. Zarządziłem więc kurs na brzeg.

            Po 2 godzinach odpoczynku na brzegu, w jakiejś miejscowości letniskowej na literę L... popłynęliśmy dalej. Nadal wiał dosyć silny wiatr. Mieliśmy jednak założone folie, dlatego nie było zbyt groźnie. Najgorsze było to, że wiatr wiał prosto w twarz i trzeba było płynąć pod falę. Poruszaliśmy się dwa razy wolniej niż normalnie, a do tego zużywaliśmy dwa razy więcej sił. Szczególnie to odczuwał Szymon i ja, bowiem płynęliśmy pojedynczo w kajakach.

            Po ok 3 godzinach wiosłowania zdecydowaliśmy, że należy odpocząć. Niedaleko od nas była jakaś kamienista plaża. Do niej zwróciliśmy nasze dzioby kajaków. Wyjęliśmy kajaki z wody i po ok 3 minutach od tego faktu zjawiło się przed nami pięciu żołnierzy ukraińskiej straży granicznej. Najstarszy stopniem ładnie zasalutował, przedstawił się i oznajmił, że jesteśmy aresztowani. Jeden z żołnierzy towarzyszących mu powiedział nam, że miejsce w którym wylądowaliśmy jest „daczą” Putina. Ja z Szymonem w obstawie trzech żołnierzy zostaliśmy zaprowadzeni do budynku straży granicznej. Artur i Piotrek w towarzystwie dwóch żołnierzy zostali na plaży przy kajakach.

            Kiedy zjawiliśmy się w placówce straży granicznej wywołaliśmy niezłe zamieszanie. Byliśmy chyba w historii ich istnienia pierwszym takim przypadkiem.  Parokrotnie spisywano nam dane naszych paszportów, parokrotnie zadawano pytania: skąd, dokąd, kiedy, po co...itp.

A do tego wywołaliśmy „burzę” telefonów, gdyż wcześniejsze placówki ich, które nas nie wykryły zaczęły się bać o swoje głowy. W końcu stanęło na tym, że trzeba czekać na jakiegoś tam pułkownika, który ma przyjechać z Jałty i dalej prowadzić tę sprawę. Czekaliśmy na niego do ok 24.00 godziny. W międzyczasie otrzymaliśmy od niego parę telefonów. Chciał, aby cały nasz bagaż ręczny i kajaki, były przygotowane do zabrania samochodami. Niestety z kajakami, to był problem, bowiem zbyt było ciemno, aby je składać, znowu zaś  do transportu całych, to żołnierze nie dysponowali jakimś dużym odpowiednim do tego ciężarowym samochodem. Musieliśmy i tak wszystko przenosić z plaży na drogę. Nie było to łatwe, bowiem trzeba było wspinać się ze sprzętem po skalistej ścieżce w ciemnościach ok. 100 metrów pod górę.

 Kiedy przyjechał pułkownik wydał rozkaz 2 żołnierzom pilnować naszych kajaków, przy drodze. Nas zaś wszystkich łącznie z całym naszym bagażem ręcznym zabrali 2 „łazami” do miejscowości Foros. Tam pułkownik w towarzystwie 2 oficerów „pisarzy” zaczął przesłuchanie. Pierwszym jako „starszyj prawadyr” byłem ja. Znowu pytanie: skąd, dokąd, po co... krótki życiorys itp. Trzeba było według tamtego jeszcze komunistycznego prawa, udokumentować całe te zajście jakimiś tam wyjaśnieniami. Oczywiście każde wyjaśnienie z  osobna musiało być w iluś tam egzemplarzach. Jednym słowem mnóstwo papieru jeszcze komunistycznej biurokracji. Żołnierze „pisarze” mieli też już tego dosyć, ale prawo to prawo. Po moim wyjaśnieniu trzeba było napisać wyjaśnienia reszty załogi. Ja siedziałem w pokoju przesłuchaniowym i robiłem za tłumacza i pomoc w szybkim wypełnianiu tych papierków dla reszty kompani. Trwało to wszystko ponad 3 godziny. Po przesłuchaniu i napisaniu wyjaśnień zaczęła się rewizja naszego ekwipunku. Każdy z nas na oczach wielu żołnierzy musiał wyjmować po kolei całą zawartość własnego bagażu. Mogłaby przecież tam być jakaś bomba, kto wie? Trochę się obawiałem o bagaż Piotrka albo Artura, gdyż w jednym z nich, nie wiem w którym, mieliśmy pistolet „straszaka”. Na szczęście Piotrek tak im pokazywał swoją zawartość plecaka, że niczego nie zauważyli. Natomiast Artura plecak ja pomagałem mu wypakowywać, tak że świadomie pominąłem boczną kieszeń, gdyż po dotyku wyczuwałem, że jest tam chyba ten pistolet. Nie zauważyli tego jednak żołnierze, bo był to już ostatni bagaż do rewizji i pora była już bardzo późna, chyba poranna. Następnie żołnierze dali dam pokój do spania z 4 łóżkami i kolację. Położyliśmy się spać.

Spaliśmy dobrze. Rankiem słyszeliśmy tylko głośne telefony w których poruszano nasz temat. Żołnierze, którzy pełnili tam służbę byli bardzo gościnni, poczęstowali nas śniadaniem, chętnie  rozmawiali na różne tematy, próbowali też  nauczyć nas grać w jakąś tam ludową ich grę planszową. Byli bardzo gościnni, niektórzy z nich dali nam nawet drobne upominki.

Pułkownik oznajmił mi, że mamy zapłacić karę w wysokości 10 dolarów USA od jednego i, że dalej nie możemy płynąć, bowiem nie mamy mnóstwa papierów wymaganych w tym kraju do takich podróży. Jak chociażby rejestracji kajaków itp. Powiedział nam również, że musimy wrócić kajakami morzem do miejsca w którym zaczęliśmy nasz rejs, złożyć tam kajaki i wyjechać z ich kraju. Stwierdził też, że oni „pograniczniki” będą kontrolować nasz rejs powrotny cały czas przez lornetki.

Po zapłaceniu kary żołnierze odwieźli nas swoimi samochodami do naszych kajaków, których pilnowało przez całą noc 2 żołnierzy. Pułkownik poprosił mnie o danie mu w prezencie 4 dolarów USA, bowiem chyba tyle wydał na taryfę z Jałty do okolic miejsca naszego aresztowania. Daliśmy mu, pożegnaliśmy się i zaczęliśmy nasz powrót. 

6.VII.2001.

            Pogoda była bardzo upalna. Znieśliśmy nasze kajaki i ekwipunek na plażę. Nie śpieszyliśmy się, bowiem wiedzieliśmy, że i tak musimy wracać, a przyroda była tak piękna, że kusiła jak najdłużej rozkoszować się sobą. Piotrek zaczął w rękawiczkach łapać kraby, niestety bez powodzenia. Po ok 2 godzinach spędzonych na plaży wsiedliśmy w kajaki i popłynęliśmy w nasz rejs powrotny. Płynęliśmy wolno poruszając wiosłami, bowiem chcieliśmy jak najbardziej wykorzystać chwile naszego tu pobytu. Wiatr mieliśmy delikatny w plecy, w dobrym kierunku falę. Po paru godzinach wiosłowania znaleźliśmy się znowu na przepięknej plaży, którą wcześniej z Szymonem penetrowaliśmy. Powoli zaczęło robić się ciemno, wobec czego postanowiliśmy tu przenocować. Zasnąłem koło mojego kajaka po wszystkich tych żołnierskich przygodach bardzo szybko. Nade mną migotały przepiękne gwiazdy.

7.VII.2001.

            Spałem długo, kiedy się obudziłem Szymon już zdążył rozpalić ognisko i zagrzać wodę. Nie śpieszyliśmy się, rozkoszowaliśmy się tą cudowną plażą. W końcu zdecydowaliśmy, że nadszedł czas, aby rozruszać kości i ruszyć się z miejsca. Pogoda była trochę niepewna, w oddali było widać skupiające się w jedno ciemne chmury. Założyliśmy więc przed wypłynięciem w kajakach osłoną folię przed falami i wyruszyliśmy. Było bardzo upalnie, powietrze było trochę ciężkie. W niedalekiej odległości od nas  wędrujące ciemne chmury powodowały co chwila grzmoty piorunów. Robiliśmy akurat dość konkretną „ścinkę”, tak wiec byliśmy daleko od brzegu i trochę się obawialiśmy, aby wszystkie te ciemne chmury, konkretnie się nie scentralizowały i  nie weszły w nasze regiony. Na szczęście tak się nie stało. Po 4 godzinach konkretnego wiosłowania wylądowaliśmy na ciekawej plaży, do której dostęp był tylko z morza. Była ona wciśnięta w pionowe ściany przybrzeżnych klifów. Tam postanowiliśmy odpocząć  trochę i jednocześnie schronić się przed szczytem upałów. Piotrek nasz najlepszy poławiacz krabów z siatką na ryby i rękawiczkach z windstopera usiłował z pasją złapać nam jakiegoś kraba do jedzenia.

            Podczas kiedy braliśmy, krótką drzemkę wyłoniło się z wody dwóch młodzieńców. Jeden z nich w kąpielówkach zasalutował i przedstawił się jako „sałdat” służb pogranicza. Drugi „sałdat” w spodniach i butach wojskowych w tym samym czasie chciał zapalić sobie papierosa. Sięgnął  inteligentnie do kieszeni po paczkę papierosów, niestety była  mokra, wobec czego zaklął. Zlekceważyliśmy ich i tylko powiedzieliśmy, żeby przetelefonowali sobie do pułkownika z Jałty. Odpłynęli niezawodni „komandosi” Ukraińskich Służb Pogranicznych.

            Wieczorem wypłynęliśmy z tej ciekawej plaży. Słońce już powoli zachodziło. Płynęliśmy powoli bez słów podziwiając przed naszymi dziobami w osłupieniu tak przecudny zachód słońca. To było takie piękne, że nawet za tą jedyną chwilę, pomimo niedawno przeżytych problemów aresztowania wart tu było być. To było tak cudne, że nawet  nie wyrażalne w jakiekolwiek słowa.  Po zachodzie słońca Szymon i Artur zaczęli swój koncert wokalny. Do brzegu dopłynęliśmy już w dobrą noc. Wyciągnęliśmy kajaki z wody i położyliśmy się koło nich w blasku migocących gwiazd nad nami.

8.VII.2001.

       Około 3.00 nad ranem zbudziły mnie światła latarek 4 „pagraniczników” skierowane na nas. Znowu kolejna kontrola paszportów i pytania. Nie chciało mi się odpowiadać na ich  pytania, więc pokazałem im nasze „sztrafy” na papierkach, które dostałem od pułkownika. Jeden z „sałdatów” był szczególnie gorliwy i dobrze wychowany w kulturze komunistycznej i chyba przez jakieś 10 minut penetrował nasze paszporty, myśląc, że jesteśmy szpiedzy z zachodu. Chcieli, abyśmy o 6.00 nad ranem wypłynęli i o 9.00 zameldowali się w ich jakiejś tam placówce „Buchta”. Odpowiedziałem im, że nie będzie to łatwo, bowiem, nie wiem ile czasu trzeba tam płynąć, gdzie ta placówka jest, a do tego, że my musimy dopłynąć w okolice  stacji kolejowej, aby tam złożyć nasze kajaki. Nie wiedzieli, jak się ze mną dogadać. W końcu jeden z nich wpadł na pomysł, że o 9.00 może przyjechać tu ich samochód i zabrać nas na stację kolejową. To było dla nas na rękę, wobec czego zgodziłem się.

            Około godziny 9.30 zjawili się  zgodnie z umową żołnierze ciężarowym samochodem. Włożyliśmy cały nasz ekwipunek do samochodu i pojechaliśmy na dworzec kolejowy do Sevestapola. Tam pożegnaliśmy się szybko z żołnierzami, bowiem na zdążenie na pociąg do Simferopola mieliśmy tylko ok 20 minut. Zdążyliśmy.

            Na stacji kolejowej w Simferopolu, definitywnie zdecydowaliśmy, że dalszy kierunek eskapady, to Bajkał. Nie była, to wyruszenie całkowicie w nieznane, bowiem z Szymonem i nieobecnym teraz Czarkiem 2 lata temu w 1999r, przepłynęliśmy już całe zachodnie wybrzeże Bajakłu kajakami. Jednak chciałem teraz wraz z Szymonem dać poznać smak tej przygody morskiej Piotrkowi i Arturowi. Kupiliśmy, więc bilety w Simferopolu i ruszyliśmy. Pierwszym miastem, do którego musieliśmy dotrzeć w drodze na Bajkał był Swierdłowsk, miasto leżące za Uralem.

9.VII / 10.VII. / 11.VII.2001.

            Podróż do Swierdłowska trwała ok 3 dni. Pociąg wlókł się bardzo wolno. Jechaliśmy w wagonie „plackartnym”, a więc takim, w którym wszystkie łóżka są bez przedziałów w jednym wagonie. W trakcie przekraczanie granicy Ukraińsko- Rosyjskiej oczywiście pojawiły się problemy. Żołnierz – oficer armii  ukraińskiej zażądał od nas łapówkę w wysokości 40 dolarów, gdyż coś mu nie grało w naszych paszportach (nie mieliśmy zarejestrowania pobyty na Ukrainie, które trzeba zrobić według ich prawa w przeciągu 3 dni od wkroczenia). Po pertraktacjach w przedziale konduktorów, aby swoją wspaniałomyślność i uczciwość ukryć przed oczyma tłumu, który i tak wszystko wiedział, honorowy oficer granicy Ukraińsko-Rosyjskiej wziął po cichu do swojej kieszeni tylko10 dolarów na wszystkich. Następnie przyszedł celnik ukraiński i przyczepił się do tego, że nie mamy deklaracji celnej z granicy Białorusko-Ukraińskiej. Wyjaśniliśmy mu, że nikt nam jej nie wręczył na tamtej granicy. On jednak wierny niepisanym prawom wschodnich celników był żądny łapówki, wobec czego zaczął grozić nam, że wysadzi nas z tego pociągu. Zignorowałem go i  powiedziałem mu, że ich prawa są durne i możemy wysiadać. W końcu prawowierny celnik ukraiński bez żadnych skrupułów oświadczył, że chce jakąś tam sumę. Ja już nie miałem cierpliwości, aby z nim dyskutować. Szymon dał mu chyba 100 rubli. Ja oczywiście pod wpływem emocji, stwierdziłem na cały wagon, że Ukraina, to najbardziej łapówkarska i  zbiurokratyzowana postrepublika ze wszystkich postrepublik byłego imperium rosyjskiego.

            Służby graniczne Rosji okazały się dla nas bardziej życzliwi i gościnni od służb granicznych Ukrainy.

            Ludzie zwykli na Ukrainie są bardzo dobrzy, gościnni, serdeczni. Ograniczają ich i tłumią tylko prawa, które rządzący narzucili im przy tworzeniu suwerennego państwa Ukraińskiego. Dla tych ludzi wychowanych w reżimie mentalności komunistycznej jedynym wzorem przy tworzeniu ich państwowości mogła być tylko Rosja. Od niej więc przyjęli w większości model suwerennego państwa. To jest chyba powodem, że granice ich państwa są odzwierciedleniem granic Rosji, ale tych, które były już parę lat temu w przeszłości. Wewnątrz  państwa panuje jeszcze wiele praw postkomunistycznych. Wydaje się mi, że gdyby Ukraina otworzyła się na świat zewnętrzny, to z pewnością bardzo szybko stałaby się wolnym dla jednostki i zasobnym krajem. Niestety na razie, jak większość krajów postkomunistycznych musi wyzwalać się z własnego zniewolenia – mentalności postkomunistycznej.

    X. Darek

                                                                                                 

Strona wykonana przez Artura Sańko sanio@op.pl